sobota, 3 stycznia 2015

Rozdział VII.

    - I czego się drzesz? - blondyn z widocznym rozbawieniem założył ręce na piersi, opierając się lewym bokiem o framugę drzwi.
    - Co ty tu do cholery robisz?! - odpowiedziałam pytaniem na pytanie, dalej w szoku, owijając się ręcznikiem.
    - Czekałem aż skończysz, a co niby? - parsknął śmiechem. Posłałam mu zabójcze spojrzenie.
    - A na zewnątrz się nie dało? - syknęłam.
    Wzruszył ramionami i zniknął w mojej sypialni.
    Zacisnęłam ręce w pięści, jednocześnie gryząc się w język. Podjudzona zakluczyłam drzwi od łazienki, po czym pospiesznie wciągnęłam na siebie bieliznę i zarzuciłam o wiele za dużą, męską bluzę, którą kiedyś ukradłam blondynowi. Osuszyłam pospiesznie włosy suchym ręcznikiem i ze zdeterminowaną miną wyszłam z pomieszczenia. Miałam zamiar wygarnąć mu wszystko w twarz; to, jakim jest dupkiem i że źle mnie traktuje.. Lecz gdy zobaczyłam go oglądającego z niewinną miną zdjęcia poukładane na komodzie, coś we mnie pękło. Jakaś część mnie nigdy nie mogła być na niego zła dłużej, niż pięć minut. Może i w głębi mnie byłam cholernie smutna i zdezorientowana, to Dobry Kendall skutecznie wszystko zakrywał. Przystanęłam więc dwa metry od niego, i obserwowałam uważnie każdy ruch, który zarysowywał się pod cienką koszulką. Zagryzłam wargi.
    - Pamiętam dzień, gdy razem z moim ojcem uczyliśmy cię jeździć na rowerze - mruknął, gładząc kciukiem ramkę zdjęcia, na którym miałam ledwo pięć lat. - Wywróciłaś się i strasznie płakałaś. Twoje kolano było całe czerwone, a i łokcie zadrapały się lekko. Martin wystraszył się, że pojedziesz na OIOM, bo wyłaś jakby cię ze skóry obdzierali - uśmiechnął się pod nosem, czego nie byłam w stanie nie odwzajemnić. Odstawił zdjęcie na półkę i westchnął. - Wtedy podszedłem do ciebie, przytuliłem najmocniej jak potrafiłem i powiedziałem...
    - ,,Wypłaczesz się przez te kamyki za dwadzieścia kolejnych lat, więc prawdopodobnie ominie cię zawód związany z jakimś napotkanym na swojej drodze durniem. To dobrze, bo nie pozwolę ci więcej na łzy'' - moje oczy zaświeciły się. - Mądre słowa jak na małego chłopca - szepnęłam.
    - Katelyn, bardzo cię przepraszam.. - odwrócił się, spoglądając na mnie intensywną zielenią swoich tęczówek. - Cholera, to nie tak miało być - podrapał się po karku. - W ciągu ostatnich lat płakałaś o wiele, wiele za dużo niż ci to obiecałem. A w tym wszystkim najgorsze jest to, że łzy te są oddawane przez tego małego chłopca, który cię zapewnił, że do nich nie dopuści.. Przepraszam.
    - Czasami ludzie nie znają wag obietnic, które składają - mruknęłam cicho, obejmując się ramionami i stając na jednej nodze, ponieważ poczułam chłód.
    - Nie mogę ci obiecać lepszego jutra.. - blondyn zamknął uchylone do tej pory okno. - ... ponieważ to wszystko nie jest stałe. Sam nie wiem co się stanie. Nie wiem, kiedy najdzie na nas chmura złych wydarzeń. - spojrzał na mnie ze smutkiem w oczach.
    Moje serce pękło na tysiące kawałeczków. Czułam, jak moja warga zaczęła drżeć. Schmidt ruszył pewnie w moim kierunku, splótł dłonie tuż pod pośladkami. Mimowolnie ułożyłam ręce na jego ramionach i spojrzałam na niego z góry. Przeniósł mnie na łóżko i delikatnie przykrył ciepłem swojego ciała. Przeczesał palcami moje włosy, całując czoło.
    - Moja mała Kates.. - szepnął tuż obok mojego ucha, po czym schował twarz w mych włosach. - Przepraszam.. Nie chcę, żebyś się na mnie złościła, byś przez moją osobę była smutna, abyś płakała po nocach i czuła się opuszczona.
    - Nie czuję się opuszczona - zamknęłam oczy, w podtekście zatwierdzając pozostałe słowa blondyna.
    - Przepraszam - odpowiedział i ucałował moją szyję, po chwili jeżdżąc po niej nosem.
    Zagryzłam wargi, by się nie rozkleić. Być może myliłam się. Może to jego druga część rzadko przepraszała.. Lecz jedno wiedziałam na pewno - ostatnimi czasy widywałam co raz częściej Dobrego Kendalla...

    ,,Życie, uświado­mił so­bie, bar­dzo przy­pomi­na piosenkę. Na początku jest ta­jem­ni­ca, na końcu - pot­wier­dze­nie, ale to w środ­ku kryją się wszys­tkie emoc­je, dla których cała spra­wa sta­je się war­ta zachodu'' ~ Nicholas Sparks.

    Ciężko opadające powieki, ręka ściśnięta w pięść i czyiś głos śpiewający cicho obok mojego ucha. Dla ukojenia wszystkich negatywnych emocji. Uświadomiwszy sobie, jak dawno nie czułam przy sobie obecności prawdziwego oblicza blondyna, z moich oczu wypłynęły kolejno dwie łzy. Starł je wierzchem swojej dłoni i ucałował moją głowę. Zamknęłam oczy, biorąc kilka głębszych wdechów i wydechów. Nie pytał, dlaczego płaczę. On doskonale to wiedział.. I za to głównie go nienawidziłam. Miał świadomość, iż rani moją osobę, lecz nic z tym nie robił. Zmieniał maskę raz na jakiś czas, by mnie uspokoić. Abym nie zostawiła go tak samo, jak zostawiła go jego własna rodzina. Tkwiłam w pułapce emocjonalnej. To tak, jakby się kimś bawił.. Bawił mną samą.
    Odsunęłam się i odwróciłam twarzą ku niemu. Rysy jego twarzy były rozluźnione, podobnie jak mięśnie ciała. Spoglądał na mnie spokojnie, nie wykonując żadnych gwałtownych ruchów. Zacisnęłam wargi w momencie, gdy on wziął głęboki wdech.
    - Możesz wyrzucić mi w twarz wszystko, co o mnie myślisz, a i tak nie powiesz niczego, czego bym nie wiedział - mruknął cicho.
    - A czy możemy być ze sobą chociaż raz szczerzy? - zapytałam niepewnie, niczym nie zaskoczona.
    Po chwili namysłu powoli skinął głową.
    - Dlaczego ciągle mnie okłamujesz? - spojrzałam głęboko w jego oczy, mając nadzieję na jakąkolwiek reakcję  jego strony. Na próżno.
    - Nie okłamuję cię. Po prostu nie jestem do końca szczery - wzruszył ramieniem.
    - To dokładnie to samo - zirytowałam się.
    - Ujmę to inaczej.. Czy powiedziałabyś swojej trzy letniej siostrze, gdybyś tak ową miała, że tak naprawdę Święty Mikołaj nie istnieje i zrujnowała jej dzieciństwo?
    - Ale ja wiem, że w istocie jesteś dobry.. Tak jak w tym momencie - zauważyłam szybko, a w odpowiedzi usłyszałam jego śmiech.
    - Naiwna, głupiutka Katelyn - dodał parskając. - Musisz jeszcze tak wiele nauczyć się o życiu.
    Oburzona odwróciłam się na plecy, zakładając ręce na piersi, podczas gdy blondyn wstał z łóżka.
    - Idę pod prysznic, zrób coś do jedzenia - rozbawiony skierował się w stronę łazienki.
    - Nie jesteś u siebie w domu - syknęłam.
    Zielonooki ponownie wybuchnął śmiechem, zamykając się w pomieszczeniu.
    Zacisnęłam ręce w pięści i mrucząc pod nosem wiązankę przekleństw, wyjęłam z szafy czarne rurki, wciągając je na swoje patyczkowate nogi. Stopy schowałam w białych skarpetkach, a jeszcze wilgotne włosy związałam w niechlujną kitkę.
    Dlaczego ja wciąż i na nowo dałam sobą pomiatać? Robił ze mną to, co mu się żywnie podobało. Gdzie podziała się ta kobieca niezależność? We mnie już chyba dawno wyparowała. Schmidt od tak, najprościej w świecie, usunął ją ze mnie, by móc poniewierać jak marionetką. Nawet we własnym mieszkaniu, za które to ja tyrałam czasami po godzinach, on rozkazywał mi, a ja posłusznie spełniałam polecenia. Czy to punkt w definicji miłości? A raczej podpunkt tego, jak to jest.
                        ,, #462 usługujesz drugiej połówce i nic z tego nie masz, przyzwyczaj się''
    Wyciągnęłam z szafki dwie szklanki i ustawiłam na stole, by po chwili nalać do nich soku pomarańczowego. Na kuchence ustawiłam patelnie i wlewając uprzednio oleju, wylałam na nią wcześniej przygotowaną mieszankę jajek i mąki. Nagle w głowie zaświtał mi pomysł pozostawienia wszystkiego na ogniu i wyjścia z domu, by zrobić na złość blondynowi, lecz zaraz przypomniałam sobie, iż znajduję się u siebie i tylko zaszkodziłabym rzeczom, na które zapracowałam.
    Zaledwie dziesięć minut później wyłożyłam omleta na talerz i ustawiłam na stole. Napiłam się ze swojej szklanki, po czym wyciągnęłam z szafki kawałek kartki wraz z długopisem. Zapisałam krótkie ,,Udław się'', po czym kładąc wiadomość przy kolacji blondyna, wyszłam z domu na zakupy.
    Robiąc pierwszy krok po za budynek mojego bloku, uderzył we mnie podmuch zimnego powietrza. Naciągnęłam kaptur bluzy blondyna na swoją głowę (której swoją drogą włosy, były wciąż niemal mokre). Wiedziałam, że prędzej czy później zachoruje, lecz była to o wiele lepsza perspektywa w porównaniu z siedzeniem w mieszkaniu wraz z irytującym mnie Kendallem. Tak więc ruszyłam w stronę monopolowego na rogu ulicy. Stawiałam wolne kroki z nadzieją, iż po powrocie zastanę ciszę i spokój związaną z brakiem obecności zielonookiego.
    Lewa, prawa.. Lewa, prawa..
    Stop.
    Odwrót za siebie.
    Pusta ulica. Pusty chodnik. Zwidy, za dużo horrorów.
    Lewa, prawa.. Lewa, prawa..
    Ktoś naprawdę za mną szedł.. I naprawdę znikał, gdy tylko próbowałam objąć go wzrokiem. Przyspieszyłam kroku. Monopolowy świecił przyjemnie jasno zaledwie kilkadziesiąt metrów ode mnie. Zachęcał bezpieczeństwem do wejścia.
    Niekontrolowane kichnięcie i moje serce zamiera. Zatrzymuje się. Osoba jest tuż za mną. Dzieli nas zaledwie kilka centymetrów. Czuję, że jest wyższy i lepiej zbudowany ode mnie - małej, kościstej Katelyn. Przełykam głośno ślinę i powoli odwracam się. Unoszę głowę i trafiam oczami na czarnoskórego mężczyznę, przeszywającego mnie wzrokiem. Ma na sobie ciemny kapelusz i beżowy płaszcz, z pod którego wystawał drogi garnitur. Wpatrujemy się w siebie przez niemiłosiernie długą chwilę, po czym jego usta otwierają się. Kim jest? Czego chce? To on mnie śledził? Widocznie zmienił płaszcz.. Ale jestem prawie pewna, że to był on.
    - Okropnie dziś wieje. W dodatku jak zimno.. Zupełnie tak jak z ludźmi. Otaczamy ich huraganem uczuć, a oni i tak nas nie dostrzegają, zamknięci w swoich lodowatych sercach. Cóż za ironia, nieprawdaż? - uśmiechnął się tajemniczo. - Spotkało cię to już kiedyś? Wyglądasz na miłą, pełną życia młodą kobietę. Masz już chłopaka?
    Pokiwałam przecząco głową, przyglądając mu się uważnie i starając zapamiętać jak najwięcej z jego twarzy, gdyby mnie dźgnął nożem i uciekł, a cudem bym przeżyła. Policja całkiem łatwo by go mogła odnaleźć, hm. Choć sądząc po tym, jak cichy i ostrożny jest, mogliby się natrudzić..
    - Lepiej uważaj, kogo obdarzasz swoimi uczuciami i kogo trzymasz tak blisko siebie.. Niektórzy ludzie bywają strasznie fałszywi. I niebezpieczni..  Pilnuj się, dziewczynko - dodał, po czym zniknął w ciemnej alejce, z której tylko mogłam zgadywać, nie było wyjścia.
    Stałam tam jeszcze dobre kilka minut, nie mogąc się otrząsnąć, po czym powoli ruszyłam w kierunku domu, kompletnie zapominając o zakupach. Wsadziłam ręce w kieszenie bluzy i ze spuszczoną głową rozmyślałam. Co to miało znaczyć? Miał na myśli Kendalla? I skąd, do cholery jak już, go znał?! Byłam w kropce. Nie potrafiłam sobie odpowiedzieć na te pytania. Nie mogłam zapytać Schmidta, ponieważ jak zwykle wywinąłby się tanią odpowiedzią, lub skłamałby. Musiałam zachować do niego pewien dystans.. Mężczyzna z ulicy wydawał się być dość przekonywujący.
    Wróciłam do mieszkania, zamykając drzwi poprzez oparcie się o nie. Wpatrywałam się tępo w podłogę, aż zauważyłam brak jakiejkolwiek obecności w domu. Skierowałam się do kuchni i odetchnęłam z ulgą. Byłam sama - dzięki Bogu. Potrzebowałam chwili ciszy i spokoju na przemyślenia, szczególnie teraz. Moją uwagę za to przykuła karteczka leżąca na stole - moja karteczka. Podniosłam ją i starałam się odczytać coś z pisma chłopaka.
                         
,,NIE Udław się kochany Kendallu! Jakżebym mogła dalej bez Ciebie żyć?! Jesteś niezastąpiony!
Oh, skoro tak baardzo mnie ubóstwiasz, to zostawiam Ci brudne naczynia.
Tylko je pozmywaj, a nie opraw w ramki. Autografu poszukaj w domu. Enjoy''
  
   Zacisnęłam wiadomość w dłoni. Co za dupek! Przerobił mój własny liścik na coś, co przypomina uwielbienie dla jego osoby. Przeklęłam pod nosem, po czym podpaliłam karteczkę, pozwalając jej spalić się niemal całej. Resztkę papieru rzuciłam na podłogę i zadeptałam, do tej pory nie ściągniętymi, butami.
    - Enjoy - mruknęłam pod nosem, po czym poczłapałam do sypialni, by oddać się snu.
***************************************************************************
    Rany.. Dawno nie tu nie było, za co baaaaaardzo przepraszam. Po prostu schemat mam jak: szkoła, dom, szkoła, dom. W obu tych miejscach mam sporo do roboty, a i wena mi nie dopisuje ostatnimi czasami. Dlatego to informuję, iż NIE WIEM kiedy pojawi się kolejny rozdział. Gdy czytam inne blogi, to czasami mam taki mocny przypływ weny i chęci do pisania i czasami coś skrobię, ale..
    Rozdział jest krótki i nie najlepszy, ale ważne, że cokolwiek jest.. Tak?
    Kocham Was xx

PS. Pojawiła się piosenka, przepraszam, ale jestem oooogromną fanką Beyonce - BeyHive pozdrawia ♥
      Jakby były jakieś błędy, to przepraszam. Nie poprawiałam go, bo jakoś nie podoba mi się ten rozdział, a musiałabym go przeczytasz żeby poprawić xx



10 komentarzy:

  1. Świetny rozdział.
    Co za iloraz nieujemny z tego Kendalla xd
    I co to jest za człowiek? ;o
    Czekam! ;*

    OdpowiedzUsuń
  2. Kurde to jest typowe rozdwojenie jaźni, Kendall to się leczy!
    Jak on tak może :c to jest dupek pełną gębą
    Boże spraw żeby w końcu był dobry chociaż dla Katelyn pls
    Świetny rozdział c; mówisz, że nie masz weny a tu bum i masz zajebisty rozdział wtf dziewczyno

    OdpowiedzUsuń
  3. eee... Kendall działa mi na nerwy.
    Jakbym go miała przez sobą to dostałby od razu z liścia ;_; Jak tak można traktować dziewczyn!!!
    Gdzie jest mój wściekły tłum z pochodniami i widłami ?! Wieśniacy reaktywacja, trzeba wygnać wilka z lasu !
    Strasznie podoba mi się twój styl pisania *O*
    Może dziwne, ale Kendall jako Bad Boy jest nawet pociągający (tylko że mega wkurzający) i to już jest lekki problem :P
    Życzę mega weny ^^ a tymczasem zapraszam do siebie :)
    http://liliandangel.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. Boskiee *-* ! Czkeam na nagły przypłw weny u cb i na kolejny rozdział :)
    a tym czas Zapraszam do siebie na Kolejny rozdział o Życiu Rose :* Mam nadzieje że się spodoba :)
    http://nothingiswell.blogspot.com/ :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie wiem już co myśleć o Kendallu. Na samym początku wydawało mi się, ze wszystko będzie ok i zrozumiał jaką krzywdę robi Katelyn a tu proszę to była tylko ckliwa scenka, przynajmniej tak mi się wydaje.
    Katelyn nie powinna tak dawać się wykorzystywać. Zaskoczył mnie ten facet. Kolejny anioła w ludzkiej postaci? Choć mógł bardziej przerażać niż pocieszać.
    Jestem ciekawa co by Kendall zrobił gdyby Katelyn znalazła sobie chłopaka, któremu na prawde zalezaloby na Katelyn.
    No nic. Muszę czekać na kolejny rozdział :-)
    Pozdrawiam Stelss :***********

    OdpowiedzUsuń
  6. Hej
    Uważam że masz wielki talent w pisaniu historii. Czytałam też jeden z twoich blogów który został zawieszony "Miłość która przezwycięży wszystkie przeciwności losu". To był extra blog ale ten jest jeszcze lepszy. Mam nadzieję że dodasz niedługo następny rozdział.
    Pozdrawiam Wiki ;-)

    OdpowiedzUsuń
  7. Musze wiedzieć co będzie dalej :-) wkrecilam
    wkręciłam się przez te kilka rozdziałów. Najlepszy liścik od Kendalla. :-P

    OdpowiedzUsuń
  8. James to zwyczajny, poukładany chłopak z bogatej rodziny. Inni nazywają go typowym kujonem, pochłoniętym w książkach. Zakochany jest w "złej" dziewczynie, korzystającej z życia jak najlepiej. Jednak tylko on widzi w niej anioła. Wie, że w rzeczywistości jest inna, niż mówią pozory. Kiedy Kate zrywa z Evanem – najpopularniejszym chłopakiem w szkole, który gra w drużynie koszykarskiej, wszystko się zmienia. Zaczyna traktować Jamesa jak kolegę, do którego zawsze może się zwrócić o pomoc. Chłopakowi to nie przeszkadza, wręcz przeciwnie, jest tak zauroczony w ciemnowłosej, że nie zwraca uwagi na otaczający go świat. Nawet nie zauważa, jak pod jej wpływem się zmienia, co bardzo przeszkadza jego rodzicom. Uważają oni, że dziewczyna jest dla niego nieodpowiednia. James nie traktuje słów swoich wychowanków zbyt poważnie, ponieważ jako jedyny wie, że Kate wcale nie jest taka, jak wszyscy uważają. Broni dziewczyny za wszelką cenę. Jednak czy rodzice nie będą na tyle zdolni, aby zakończyć(według nich)ten toksyczny związek?
    Zapraszam na http://stuckinlovefanfiction.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  9. http://bigtimerushna-zawsze.blogspot.com/ ZAPRASZAM <3 P.S Super piszesz
    ZAKOCHAŁAM SIĘ W TWOIM BLOGU <3 <3 <3

    OdpowiedzUsuń
  10. "(...)Mężczyźni wsiedli do swoich pojazdów i ruszyli w drogę. Paul, był z siebie dumny. Już tak niewiele dzieliło go od upragnionego zwycięstwa. Natomiast Mathias i Hugo, cieszyli się z nowego krwawego zlecenia.(...)"
    http://btrwerka.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń