sobota, 3 stycznia 2015

Rozdział VII.

    - I czego się drzesz? - blondyn z widocznym rozbawieniem założył ręce na piersi, opierając się lewym bokiem o framugę drzwi.
    - Co ty tu do cholery robisz?! - odpowiedziałam pytaniem na pytanie, dalej w szoku, owijając się ręcznikiem.
    - Czekałem aż skończysz, a co niby? - parsknął śmiechem. Posłałam mu zabójcze spojrzenie.
    - A na zewnątrz się nie dało? - syknęłam.
    Wzruszył ramionami i zniknął w mojej sypialni.
    Zacisnęłam ręce w pięści, jednocześnie gryząc się w język. Podjudzona zakluczyłam drzwi od łazienki, po czym pospiesznie wciągnęłam na siebie bieliznę i zarzuciłam o wiele za dużą, męską bluzę, którą kiedyś ukradłam blondynowi. Osuszyłam pospiesznie włosy suchym ręcznikiem i ze zdeterminowaną miną wyszłam z pomieszczenia. Miałam zamiar wygarnąć mu wszystko w twarz; to, jakim jest dupkiem i że źle mnie traktuje.. Lecz gdy zobaczyłam go oglądającego z niewinną miną zdjęcia poukładane na komodzie, coś we mnie pękło. Jakaś część mnie nigdy nie mogła być na niego zła dłużej, niż pięć minut. Może i w głębi mnie byłam cholernie smutna i zdezorientowana, to Dobry Kendall skutecznie wszystko zakrywał. Przystanęłam więc dwa metry od niego, i obserwowałam uważnie każdy ruch, który zarysowywał się pod cienką koszulką. Zagryzłam wargi.
    - Pamiętam dzień, gdy razem z moim ojcem uczyliśmy cię jeździć na rowerze - mruknął, gładząc kciukiem ramkę zdjęcia, na którym miałam ledwo pięć lat. - Wywróciłaś się i strasznie płakałaś. Twoje kolano było całe czerwone, a i łokcie zadrapały się lekko. Martin wystraszył się, że pojedziesz na OIOM, bo wyłaś jakby cię ze skóry obdzierali - uśmiechnął się pod nosem, czego nie byłam w stanie nie odwzajemnić. Odstawił zdjęcie na półkę i westchnął. - Wtedy podszedłem do ciebie, przytuliłem najmocniej jak potrafiłem i powiedziałem...
    - ,,Wypłaczesz się przez te kamyki za dwadzieścia kolejnych lat, więc prawdopodobnie ominie cię zawód związany z jakimś napotkanym na swojej drodze durniem. To dobrze, bo nie pozwolę ci więcej na łzy'' - moje oczy zaświeciły się. - Mądre słowa jak na małego chłopca - szepnęłam.
    - Katelyn, bardzo cię przepraszam.. - odwrócił się, spoglądając na mnie intensywną zielenią swoich tęczówek. - Cholera, to nie tak miało być - podrapał się po karku. - W ciągu ostatnich lat płakałaś o wiele, wiele za dużo niż ci to obiecałem. A w tym wszystkim najgorsze jest to, że łzy te są oddawane przez tego małego chłopca, który cię zapewnił, że do nich nie dopuści.. Przepraszam.
    - Czasami ludzie nie znają wag obietnic, które składają - mruknęłam cicho, obejmując się ramionami i stając na jednej nodze, ponieważ poczułam chłód.
    - Nie mogę ci obiecać lepszego jutra.. - blondyn zamknął uchylone do tej pory okno. - ... ponieważ to wszystko nie jest stałe. Sam nie wiem co się stanie. Nie wiem, kiedy najdzie na nas chmura złych wydarzeń. - spojrzał na mnie ze smutkiem w oczach.
    Moje serce pękło na tysiące kawałeczków. Czułam, jak moja warga zaczęła drżeć. Schmidt ruszył pewnie w moim kierunku, splótł dłonie tuż pod pośladkami. Mimowolnie ułożyłam ręce na jego ramionach i spojrzałam na niego z góry. Przeniósł mnie na łóżko i delikatnie przykrył ciepłem swojego ciała. Przeczesał palcami moje włosy, całując czoło.
    - Moja mała Kates.. - szepnął tuż obok mojego ucha, po czym schował twarz w mych włosach. - Przepraszam.. Nie chcę, żebyś się na mnie złościła, byś przez moją osobę była smutna, abyś płakała po nocach i czuła się opuszczona.
    - Nie czuję się opuszczona - zamknęłam oczy, w podtekście zatwierdzając pozostałe słowa blondyna.
    - Przepraszam - odpowiedział i ucałował moją szyję, po chwili jeżdżąc po niej nosem.
    Zagryzłam wargi, by się nie rozkleić. Być może myliłam się. Może to jego druga część rzadko przepraszała.. Lecz jedno wiedziałam na pewno - ostatnimi czasy widywałam co raz częściej Dobrego Kendalla...

    ,,Życie, uświado­mił so­bie, bar­dzo przy­pomi­na piosenkę. Na początku jest ta­jem­ni­ca, na końcu - pot­wier­dze­nie, ale to w środ­ku kryją się wszys­tkie emoc­je, dla których cała spra­wa sta­je się war­ta zachodu'' ~ Nicholas Sparks.

    Ciężko opadające powieki, ręka ściśnięta w pięść i czyiś głos śpiewający cicho obok mojego ucha. Dla ukojenia wszystkich negatywnych emocji. Uświadomiwszy sobie, jak dawno nie czułam przy sobie obecności prawdziwego oblicza blondyna, z moich oczu wypłynęły kolejno dwie łzy. Starł je wierzchem swojej dłoni i ucałował moją głowę. Zamknęłam oczy, biorąc kilka głębszych wdechów i wydechów. Nie pytał, dlaczego płaczę. On doskonale to wiedział.. I za to głównie go nienawidziłam. Miał świadomość, iż rani moją osobę, lecz nic z tym nie robił. Zmieniał maskę raz na jakiś czas, by mnie uspokoić. Abym nie zostawiła go tak samo, jak zostawiła go jego własna rodzina. Tkwiłam w pułapce emocjonalnej. To tak, jakby się kimś bawił.. Bawił mną samą.
    Odsunęłam się i odwróciłam twarzą ku niemu. Rysy jego twarzy były rozluźnione, podobnie jak mięśnie ciała. Spoglądał na mnie spokojnie, nie wykonując żadnych gwałtownych ruchów. Zacisnęłam wargi w momencie, gdy on wziął głęboki wdech.
    - Możesz wyrzucić mi w twarz wszystko, co o mnie myślisz, a i tak nie powiesz niczego, czego bym nie wiedział - mruknął cicho.
    - A czy możemy być ze sobą chociaż raz szczerzy? - zapytałam niepewnie, niczym nie zaskoczona.
    Po chwili namysłu powoli skinął głową.
    - Dlaczego ciągle mnie okłamujesz? - spojrzałam głęboko w jego oczy, mając nadzieję na jakąkolwiek reakcję  jego strony. Na próżno.
    - Nie okłamuję cię. Po prostu nie jestem do końca szczery - wzruszył ramieniem.
    - To dokładnie to samo - zirytowałam się.
    - Ujmę to inaczej.. Czy powiedziałabyś swojej trzy letniej siostrze, gdybyś tak ową miała, że tak naprawdę Święty Mikołaj nie istnieje i zrujnowała jej dzieciństwo?
    - Ale ja wiem, że w istocie jesteś dobry.. Tak jak w tym momencie - zauważyłam szybko, a w odpowiedzi usłyszałam jego śmiech.
    - Naiwna, głupiutka Katelyn - dodał parskając. - Musisz jeszcze tak wiele nauczyć się o życiu.
    Oburzona odwróciłam się na plecy, zakładając ręce na piersi, podczas gdy blondyn wstał z łóżka.
    - Idę pod prysznic, zrób coś do jedzenia - rozbawiony skierował się w stronę łazienki.
    - Nie jesteś u siebie w domu - syknęłam.
    Zielonooki ponownie wybuchnął śmiechem, zamykając się w pomieszczeniu.
    Zacisnęłam ręce w pięści i mrucząc pod nosem wiązankę przekleństw, wyjęłam z szafy czarne rurki, wciągając je na swoje patyczkowate nogi. Stopy schowałam w białych skarpetkach, a jeszcze wilgotne włosy związałam w niechlujną kitkę.
    Dlaczego ja wciąż i na nowo dałam sobą pomiatać? Robił ze mną to, co mu się żywnie podobało. Gdzie podziała się ta kobieca niezależność? We mnie już chyba dawno wyparowała. Schmidt od tak, najprościej w świecie, usunął ją ze mnie, by móc poniewierać jak marionetką. Nawet we własnym mieszkaniu, za które to ja tyrałam czasami po godzinach, on rozkazywał mi, a ja posłusznie spełniałam polecenia. Czy to punkt w definicji miłości? A raczej podpunkt tego, jak to jest.
                        ,, #462 usługujesz drugiej połówce i nic z tego nie masz, przyzwyczaj się''
    Wyciągnęłam z szafki dwie szklanki i ustawiłam na stole, by po chwili nalać do nich soku pomarańczowego. Na kuchence ustawiłam patelnie i wlewając uprzednio oleju, wylałam na nią wcześniej przygotowaną mieszankę jajek i mąki. Nagle w głowie zaświtał mi pomysł pozostawienia wszystkiego na ogniu i wyjścia z domu, by zrobić na złość blondynowi, lecz zaraz przypomniałam sobie, iż znajduję się u siebie i tylko zaszkodziłabym rzeczom, na które zapracowałam.
    Zaledwie dziesięć minut później wyłożyłam omleta na talerz i ustawiłam na stole. Napiłam się ze swojej szklanki, po czym wyciągnęłam z szafki kawałek kartki wraz z długopisem. Zapisałam krótkie ,,Udław się'', po czym kładąc wiadomość przy kolacji blondyna, wyszłam z domu na zakupy.
    Robiąc pierwszy krok po za budynek mojego bloku, uderzył we mnie podmuch zimnego powietrza. Naciągnęłam kaptur bluzy blondyna na swoją głowę (której swoją drogą włosy, były wciąż niemal mokre). Wiedziałam, że prędzej czy później zachoruje, lecz była to o wiele lepsza perspektywa w porównaniu z siedzeniem w mieszkaniu wraz z irytującym mnie Kendallem. Tak więc ruszyłam w stronę monopolowego na rogu ulicy. Stawiałam wolne kroki z nadzieją, iż po powrocie zastanę ciszę i spokój związaną z brakiem obecności zielonookiego.
    Lewa, prawa.. Lewa, prawa..
    Stop.
    Odwrót za siebie.
    Pusta ulica. Pusty chodnik. Zwidy, za dużo horrorów.
    Lewa, prawa.. Lewa, prawa..
    Ktoś naprawdę za mną szedł.. I naprawdę znikał, gdy tylko próbowałam objąć go wzrokiem. Przyspieszyłam kroku. Monopolowy świecił przyjemnie jasno zaledwie kilkadziesiąt metrów ode mnie. Zachęcał bezpieczeństwem do wejścia.
    Niekontrolowane kichnięcie i moje serce zamiera. Zatrzymuje się. Osoba jest tuż za mną. Dzieli nas zaledwie kilka centymetrów. Czuję, że jest wyższy i lepiej zbudowany ode mnie - małej, kościstej Katelyn. Przełykam głośno ślinę i powoli odwracam się. Unoszę głowę i trafiam oczami na czarnoskórego mężczyznę, przeszywającego mnie wzrokiem. Ma na sobie ciemny kapelusz i beżowy płaszcz, z pod którego wystawał drogi garnitur. Wpatrujemy się w siebie przez niemiłosiernie długą chwilę, po czym jego usta otwierają się. Kim jest? Czego chce? To on mnie śledził? Widocznie zmienił płaszcz.. Ale jestem prawie pewna, że to był on.
    - Okropnie dziś wieje. W dodatku jak zimno.. Zupełnie tak jak z ludźmi. Otaczamy ich huraganem uczuć, a oni i tak nas nie dostrzegają, zamknięci w swoich lodowatych sercach. Cóż za ironia, nieprawdaż? - uśmiechnął się tajemniczo. - Spotkało cię to już kiedyś? Wyglądasz na miłą, pełną życia młodą kobietę. Masz już chłopaka?
    Pokiwałam przecząco głową, przyglądając mu się uważnie i starając zapamiętać jak najwięcej z jego twarzy, gdyby mnie dźgnął nożem i uciekł, a cudem bym przeżyła. Policja całkiem łatwo by go mogła odnaleźć, hm. Choć sądząc po tym, jak cichy i ostrożny jest, mogliby się natrudzić..
    - Lepiej uważaj, kogo obdarzasz swoimi uczuciami i kogo trzymasz tak blisko siebie.. Niektórzy ludzie bywają strasznie fałszywi. I niebezpieczni..  Pilnuj się, dziewczynko - dodał, po czym zniknął w ciemnej alejce, z której tylko mogłam zgadywać, nie było wyjścia.
    Stałam tam jeszcze dobre kilka minut, nie mogąc się otrząsnąć, po czym powoli ruszyłam w kierunku domu, kompletnie zapominając o zakupach. Wsadziłam ręce w kieszenie bluzy i ze spuszczoną głową rozmyślałam. Co to miało znaczyć? Miał na myśli Kendalla? I skąd, do cholery jak już, go znał?! Byłam w kropce. Nie potrafiłam sobie odpowiedzieć na te pytania. Nie mogłam zapytać Schmidta, ponieważ jak zwykle wywinąłby się tanią odpowiedzią, lub skłamałby. Musiałam zachować do niego pewien dystans.. Mężczyzna z ulicy wydawał się być dość przekonywujący.
    Wróciłam do mieszkania, zamykając drzwi poprzez oparcie się o nie. Wpatrywałam się tępo w podłogę, aż zauważyłam brak jakiejkolwiek obecności w domu. Skierowałam się do kuchni i odetchnęłam z ulgą. Byłam sama - dzięki Bogu. Potrzebowałam chwili ciszy i spokoju na przemyślenia, szczególnie teraz. Moją uwagę za to przykuła karteczka leżąca na stole - moja karteczka. Podniosłam ją i starałam się odczytać coś z pisma chłopaka.
                         
,,NIE Udław się kochany Kendallu! Jakżebym mogła dalej bez Ciebie żyć?! Jesteś niezastąpiony!
Oh, skoro tak baardzo mnie ubóstwiasz, to zostawiam Ci brudne naczynia.
Tylko je pozmywaj, a nie opraw w ramki. Autografu poszukaj w domu. Enjoy''
  
   Zacisnęłam wiadomość w dłoni. Co za dupek! Przerobił mój własny liścik na coś, co przypomina uwielbienie dla jego osoby. Przeklęłam pod nosem, po czym podpaliłam karteczkę, pozwalając jej spalić się niemal całej. Resztkę papieru rzuciłam na podłogę i zadeptałam, do tej pory nie ściągniętymi, butami.
    - Enjoy - mruknęłam pod nosem, po czym poczłapałam do sypialni, by oddać się snu.
***************************************************************************
    Rany.. Dawno nie tu nie było, za co baaaaaardzo przepraszam. Po prostu schemat mam jak: szkoła, dom, szkoła, dom. W obu tych miejscach mam sporo do roboty, a i wena mi nie dopisuje ostatnimi czasami. Dlatego to informuję, iż NIE WIEM kiedy pojawi się kolejny rozdział. Gdy czytam inne blogi, to czasami mam taki mocny przypływ weny i chęci do pisania i czasami coś skrobię, ale..
    Rozdział jest krótki i nie najlepszy, ale ważne, że cokolwiek jest.. Tak?
    Kocham Was xx

PS. Pojawiła się piosenka, przepraszam, ale jestem oooogromną fanką Beyonce - BeyHive pozdrawia ♥
      Jakby były jakieś błędy, to przepraszam. Nie poprawiałam go, bo jakoś nie podoba mi się ten rozdział, a musiałabym go przeczytasz żeby poprawić xx



niedziela, 26 października 2014

Rozdział VI.

    (...) nagle ktoś krzyknął za moimi plecami, zwracają uwagę wszystkich obecnych na moją osobę...
    Cholera.


    Zamarłam wpatrzona w jeden punkt, czując, jak całą moją twarz oblewa krwista czerwień. Zacisnęłam oczy, w duchu mając nadzieję, że mnie nie zabiją.

    - Dlaczego nie ćwiczysz?! Gdzie twój strój?! Do szatni, w tej chwili! - przeszywający, ostry głos przeszył moje drobne ciało.
    - Ogłuchłaś, czy na co dzień jesteś taka tempa?! Nie ma cię!
    - Ja.. - jąkałam się, odwracając w kierunku mężczyzn.
    - Z roku na rok co raz gorszych nam przysyłają - parsknął ktoś na boku.
    Zawstydzona spuściłam głowę i posłusznie pomaszerowałam w kierunku, z którego wcześniej wychodził blondyn.
    Przechodząc obok grupki ćwiczących ktoś podłożył mi nogę i upadłam wśród salwy upokarzających śmiechów. Szybko się pozbierałam i zniknęłam.
    Gdzie był Kendall? Straciłam go z pola widzenia, gdy tylko moja obecność została zauważona. Jakby wyparował. Jakby... wcale go tam nie było, ale był. Czułam to.
    Rozejrzałam się po pomieszczeniu, w którym na podłodze jak i szafkach było pełno męskich ubrań. Związałam włosy w luźnego koka i zaczęłam przeglądać sterty, szukając choćby najmniejszej rzeczy Schmidta. Dowodu, który wskazałby na moją zdrową psychikę. Nie oszalałam, przysięgam.
    Nagle przed moimi oczami przeleciała mała, ręcznie robiona bransoletka. Uśmiechnęłam się sama do siebie, zadowolona z efektu poszukiwań, gdy niespodziewanie z łazienki wyszedł nagi mężczyzna.
    - Kurwa! - zaklęłam szybko odwracając się i po drodze zbierając przedmiot.
    - Trochę niezręcznie.. - mruknął pod nosem, w nie mniejszym szoku, brunet.
    - Co ty nie powiesz?! Właśnie widziałam twojego penisa! - przetarłam twarz wolną ręką. - Zachowaj takie widoki dla swojej dziewczyny, jeżeli masz - dodałam szybko i wyszłam z pomieszczenia.
    Wysunęłam głowę zza korytarza prowadzącego na salę treningową. Wszyscy wyglądali na niesamowicie zajętych, tak też czym prędzej ruszyłam ku schodom prowadzącym do audytorium. Zacisnęłam w dłoni bransoletkę, po czym modląc w duchu, abym nie została zauważona, ruszyłam truchtem w stronę wyjścia.

    Siedziałam na skalistym klifie Pacyfiku, wpatrując się w trzymaną do tej pory bransoletkę. Zachodziłam w głowę, o co w tym wszystkim chodzi.. NIC nie trzymało się kupy. Dlaczego wyszedł ze szpitala? Jak to w ogóle możliwe, że intensywnie ćwiczył ze wstrząsem mózgu? A najważniejsze pytanie.. Dlaczego zadawał się z osobą, która kilka dni wcześniej na nas napadła?..

    Zamknęłam oczy, biorąc głęboki wdech. Czułam, jak moja przyszłość przelatuje mi przez palce, a ja nie jestem w stanie jej złapać.. Ponieważ moja słabość okazała się być większa niż determinacja. Momentami nie miałam sił, by walczyć dalej. Miałam ochotę powiedzieć głośno i wyraźnie ,,pieprzyć to''.. Lecz tak, zależało mi aż za bardzo. Męka psychiczna była o wiele więcej warta, niż rezygnacja z czegoś, co było bliskie memu sercu.
    Ścisnęłam w dłoni własność Kendalla, po czym podniosłam się z miejsca. Kopnęłam jakiś kamyk wprost do oceanu, po czym ruszyłam w kierunku domu blondyna z nadzieją, iż go tam zastanę.
    Podniosłam się z ziemi i otrzepałam spodnie, wzdychając. Chłodny wiatr rozwiał moje włosy, na moment przysłaniając mi widok. Czarna peleryna mignęła za drzewem, a do moich uszu dobiegł szelest liści, które ktoś wprawił w ruch. Moje serce zamarło, podobnie jak cała ja. Byłam śledzona, to pewne. Ale z jakiego powodu i kto wynająłby kogoś do takich rzeczy? Zapewniam, że moje życie bywa monotonne i mężczyzna zanudzi się prędzej czy później.
    Usiadłam na piętach i zaskoczona przetarłam twarz dłońmi. Powoli miałam dość tego całego syfu.. Mimo, iż był to dopiero początek zabawy..

    Weszłam do domu blondyna; drzwi niemal zawsze były otwarte. Oczywiście oprócz tych momentów, gdy był na mnie cięty. Skierowałam się niepewnie do salonu, nagle czując podenerwowanie. Nie chciałam mu niczego wyrzucać, mimo, iż często mnie denerwował i miałam ku temu powody. Nie chciałam niczego złego dla nas obu - żadnych kłótni, czy obraz.. Jednak nie zmieniało to faktu, iż blondyn non stop coś schrzaniał. Szczególnie w ostatnim czasie. Agresja, kłamstwa, wyzywanie siebie od najgorszych.. Kłamstwa. To one były głównym powodem mojego stanu emocjonalnego. Było mi cholernie przykro widząc brak zaufania z jego strony. Nie byłam małym dzieckiem i nie znaliśmy się od miesiąca. Stażem znajomości spokojnie moglibyśmy dobić dobre małżeństwo, zawstydzić ich, gdyż nie znaliby się tak dobrze, jak ja z Kendallem. Lecz widocznie to mu nie wystarczało. W jego oczach musiałam być zaledwie gówniarą, nie rozumiejącą niczego, co dorosłe..Ale czy dorosłymi sprawami można nazwać... Zaraz, w ogóle co nazwać?

    I tak oto nadszedł moment mojego kompletnego załamania. Byłam w kropce. Widziałam dużo, a nie wiedziałam niczego. To takie dezorientujące. Myślisz, że możesz coś o kimś powiedzieć, ponieważ znacie się niemal całe życie, a tak naprawdę nie znasz swojego najlepszego przyjaciela. Twojego oczka w głowie. Widziałam tylko jego warstwę, pelerynę, którą ostatnio często zakładał na siebie, nie wpuszczając mnie do środka.. Z wyjątkiem tego jednego dnia, gdy pozwolił mi mieć jakąkolwiek nadzieję na to, że będzie dobrze. Tylko jednego dnia.. 
Usiadłam na kanapie, oddychając głęboko. Podkuliłam do siebie kolana i wbijając wzrok w bransoletkę, zaczęłam ją obracać w dłoniach. Czułam się niesamowicie ciężko. Zupełnie jakbym ważyła tonę.. A to wszystko przez Kendalla noszonego w moim sercu. On był głazem, który ciągnął mnie w dół, nie dając chwili wytchnienia. Nie dając chwili na zaczerpnięcie powietrza. Zamknęłam oczy, kuląc się w miejscu. Chciałam, aby to wszystko w końcu się wyjaśniło. Niech cała ta sytuacja okaże się być wymysłem mojej wyobraźni, niech on mnie nie okłamuje. Nie może, tak cholernie tego nie chce. Nie chce się na nim zawieść.. Czułam się jak desperatka, kurczowo trzymająca się czegoś, co tonie. Chciałam by był normalny, gdyż ja chciałam normalne życie.. A przynajmniej spokojne.
    - Katelyn? - usłyszałam za sobą zdziwiony głos. - Mała, coś się stało? - podszedł do mnie, kucając naprzeciwko i kładąc dłoń na moim kolanie. Strąciłam ją. - Hej, spójrz na mnie, Kates - nie dawał za wygraną.
    Nie chciałam.. Nie mogłam unieść wzroku. Wiedziałam, że gdy to zrobię, nie będę w stanie racjonalnie myśleć. Wybuchnę płaczem okazując jak bardzo mnie zawiódł lub jak bardzo słaba jestem, bądź wybuchnę niepohamowaną złością, wyrzucając słowa z moich ust szybciej, niż będzie w stanie zarejestrować je mózg.
    - Okłamałeś mnie.. - mruknęłam rozgoryczona.
    - Co? Kiedy? - nie musiałam widzieć tego, jak marszczy brwi, zaskoczony.
    - Dlaczego nie jesteś w szpitalu? Masz wstrząs mózgu, czyż nie? - wbrew sobie spojrzałam na niego. Widząc czerń w moich oczach, zmieszał się. Z całą pewnością nie dojrzał w nich życia.
    - Ja.. wypisali mnie wcześniej - spojrzał gdzieś w bok. Kłamał.
    Pokręciłam głową z niedowierzaniem, odpychając go od siebie i wstając. Skierowałam się do wyjścia. Nie miałam najmniejszej ochoty na wysłuchiwanie tych bzdur. Nic nie miało sensu.
    Usłyszałam, jak wzdycha.
    - Katelyn, poczekaj - potruchtał za mną i złapał mnie za łokieć, odwracając w swoją stronę. Niemal kuląc się pod moim uważnym spojrzeniem, podrapał się po karku. - Nie wypisali mnie wcześniej.. - mruknął cicho. - Sam się wypisałem.
    - Dlaczego? - to słowo zawisło w powietrzu. Chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią.
    - Nie umiem wysiedzieć długo w jednym miejscu, powinnaś to wiedzieć - uśmiechnął się słabo, starając rozłożyć mnie na części. Niestety, misja się nie powiodła - nie odwzajemniłam gestu, wręcz przeciwnie. Wyswobodziłam się z jego uścisku. Jego mina momentalnie zmieniła się na ukazującą skruchę, smutek i niepewność. - Kates, nie złość się na mnie, nie chcę tego..
    - Okłamałeś mnie - powtórzyłam, przeszywając jego ciało na wskroś ostrym jak lód głosem.
    - Przepraszam - mruknął niemal niesłyszalnie.
    Zacisnęłam dłonie w pięści, odsuwając się.
    - Nie waż się mnie przepraszać i udawać skruchę gdy wiesz, że twoje kłamstwo nie będzie miało końca. Nie waż się brać mnie na litość i uspokajać, ponieważ to nic nie da. Wyjdę z tego domu, a w głowie nadal będę miała mętlik, który nie wymażesz gumką do mazania, czy nie przykryjesz błahym ,,przepraszam''  - syknęłam wściekle. Blondyn spojrzał na mnie zmieszany. - Kiedy miałeś mi zamiar powiedzieć o tym złamasie, który nas napadł i z którym jesteś w co najmniej dobrych stosunkach? Kiedy miałem zamiar mi powiedzieć o jakiejś pieprzonej, dziwnej sali treningowej? - popychałam go delikatnie. - Odpowiedz! - zatrzymałam się, patrząc na niego z ognikami w oczach.
    - Nie wiem o czym mówisz - mruknął pewny siebie. - Musiało ci się coś przyśnić.
    - Nie rób ze mnie chorej psychicznie! - krzyknęłam, nie mogąc się pohamować. Rzuciłam w niego trzymaną do tej pory w ręce bransoletką. Złapał ją i dokładnie obejrzał. Na moment zmarszczył brwi.
    - Skąd to masz? - uniósł wzrok na moją osobę. Założyłam ręce na piersi.
    - A jak myślisz? - parsknęłam śmiechem. - Zapytaj o to sam siebie, Schmidt.
    Przez chwilę oglądał przedmiot w dłoni, po czym rzucił ją na komodę leżącą obok.
    - Takie coś można dostać w pierwszym lepszym sklepie za mniej niż dwa dollary. To żaden dowód - zauważył z rozbawieniem, co ty wzmogło moją wściekłość, która zamaskowała cały smutek i zawód.
    - Dobrze, może faktycznie jestem chora psychicznie, mam schizofrenię czy inne cholerstwo, ale ja wciąż mogę z tego wyjść.. Na ciebie już za późno. Siedzisz w tym gównie po uszy - syknęłam, wychodząc z domu, podczas gdy blondyn stał w miejscu z rękami w kieszeniach i rozbawiony kręcąc głową z niedowierzaniem. 


W życiu każdego człowieka nadchodzi taki moment, gdy ma ochotę zresetować swoje życie.. Nie natknąć się na osoby, które to właściwe zniszczyły, zostawiając po sobie ślad nie do wymazania. Owszem, to przykre. Niestety życiem rządzi mojra. Nigdy nie przewidzisz, kto lub co stanie na twojej drodze. Nosisz ze sobą ten balast, aż do końca. Balast doświadczeń. Niektóre z nich czynią cię mądrzejszym.. Nawiązując do tego, dobrze jest mieć problemy. Zwykle nie zabijają, a wzmacniają.
    Zrzuciłam kurtkę na komodę obok drzwi frontowych mojego mieszkania, po czym pokolei zrzucając z siebie ubrania, poszłam pod prysznic. Musiałam zmyć z siebie wszystkie rewelacje tego feralnego dnia. Stanęłam pod zaczepioną u góry słuchawką prysznicową i pozwoliłam, aby wylewająca się z niej woda, stykała się w moją głową. Zamknęłam oczy, biorąc głęboki oddech. To było to, czego potrzebowałam w tamtej chwili - gorący prysznic. Mimowolnie zapominając o problemach, zaczęłam nucić ulubione piosenki, jak Beyonce - Flawless. Para wodna osiadła na kabinie, w niektórych miejscach skraplając się. Kochałam ten stan, gdy mogłam być sama ze sobą - jedyną osobą, której w pełni ufałam.
    Czując, jak woda powoli robi się zimna, westchnęłam, zmuszona do wyjścia z pod prysznica. Wychyliłam się z kabiny, zgarniając ręcznik, gdy nagle ktoś stojący w drzwiach odezwał się. Mimowolnie z mojego gardła wyrwał się pisk..

 *********************************************************************************
   I'mmmm back!  Umm nie wiem kiedy kolejny, przepraszam, że ten nie pojawiał się tak długo, ale złapał mnie ooogromny brak weny. Myślę, że teraz będzie lepiej :) Niestety też szkoła ma na to wszystko wpływ ;/ No ale, właśnie skończyłam pisać rozdział nr.6 iiiii jestem ciekawa waszych wrażeń :) Mam nadzieję, ze nie schrzaniony. Jest strasznie dużo, ymm, dosłownie pierdolenia, głównej bohaterki , jej przemyśleń itp. to tylko i wyłącznie spowodowane przypływem weny, gdyż wtedy ręce same mi piszą to, co mózg pomyśli w ciągu sekundy. :) 
   Jak tam w ogóle w szkole, misie? ♥ Kocham Was i do nn xx